Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.




VI.

— Słyszeliście koledzy? Bert Andenberg powrócił.
— Gdzie, kiedy, jak?
— Dziś rano; profesor Jan omal nie padł rażony apopleksją na widok ukochanego synowca.
— Albo co?
— Wyobraźcie sobie poczwarę w bluzie marynarskiej, w spodniach francuskiego żuawa, w czapce baskijskiej z kutasem i w tyrolskich, kutych trzewikach! Brakło tylko tatuowania i chińskiego warkocza! Otóż to straszydło rzuca się w objęcia szanownego profesora patologji, wrzeszcząc na całą ulicę: Mein geliebter Onkel! Biedny profesor Jan! Zbiegło się na to dziwo ze dwa tuziny różnych oberwańców i w ich miłem towarzystwie, przy wtórze śmiechów i konceptów, znikli koligaci w sieni domu. Oto wszystko, com widział.
— Musiał profesor Jan zabić tłustego cielca na powrót marnotrawnego syna, bo Sepp mi mówił, że nie był dziś na wykładzie.
Dwóch towarzyszy mówiącego wybuchnęło śmiechem.
— Świat się kończy! Franz Ruprecht wspomina święte księgi! Czy nie myślisz pójść do spowiedzi, Belzebubie?