Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Rachunek! — rzucił krótko, znosząc obojętnie zaczepkę i ciskając karty na stół.
— Nie będziemy już grać? — spytał z żalem Ruprecht.
— Nie; płacę i wychodzę. Meine Zeit ist aus!
Wstał i przeciągnął się. Z oczu bił mu rzadki blask, a usta się uśmiechały.
Wychylił duszkiem kufel, czapkę włożył na prawe ucho i wyprostował się w całej okazałości swej smukłej postaci. Potem garść srebra rzucił na stół i Ruprechtowi głową skinął.
— Wam czas do budy pałacowej, a mnie w drogę. No, na rozstanie, jeszcze jeden kufel, Truda. Nie myślałem, że tak długo zabawię!
O Je! Jakto? Pan odjeżdża! — wytrzeszczając oczy, zawołał Niemiec.
Rafał usta otarł, ręce w kieszenie wnurzył i, idąc ku drzwiom, zanucił burszowską piosenkę:

Dziewczyno, ot nowina
W świat idę! To mi raj!
Ostatni raz daj wina,
Ostatni całus daj!

Truda, jakby pociągnięta magnetyczną siłą, poskoczyła za nim i na progu stanęła, tłumiąc łkania.
Niefrasobliwa, swawolna, cyniczna, brzmiała druga strofa:

Weź kredę, moje długi
Tu zapisz, na tych drzwiach!
Zabawię rok i drugi,
Ty jednak nie toń w łzach.

Noc była przezroczysta, głos się szeroko rozchodził i sylwetka młodzieńca długo była widoczną.
Ruprecht wybiegł z oberży i wołać począł, by na niego poczekał, ale Rafał nawet się nie obejrzał.