Strona:Maria Rodziewiczówna - Kwiat lotosu.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jak ptak, gdy się zrywa do lotu, szedł coraz prędzej i, jakby na drwiące pożegnanie, rzucił im z oddali już ostatnią strofkę niemieckiej piosenki:

A jeśli gdzie daleko,
Sądzono zginąć mi,
Fartuszkiem swoim lekko
Rachunek zetrzej z drzwi!

· · · · · · · · · · · · · · · · · ·

Adam, nie doczekawszy się powrotu swego gościa, zasnął twardo i śnił anioły i Kazię, gdy go brutalnie szarpnięto za ramię. Otworzył oczy i, jak ruszony sprężyną, usiadł na posłaniu.
Przed nim, oświecony drżącem światłem jednej świecy, stał Rafał, bez munduru już, ale w najgorszem odzieniu i długich butach. Przez plecy, jak żołnierz, niósł zwinięty płaszcz i rodzaj tornistra, a w ręce trzymał kij.
Oszołomiony Adam milczał i patrzał, myśląc, że śni dalej, a Radwan rzekł spokojnie:
— Obudziłem cię, żebyś okno za mną zamknął, bo cię komary zjedzą.
— A ty dokąd idziesz? Zostań i kładź się spać! Sarnecki znowu ciebie szukał napróżno dzisiaj cały dzień.
— Powiedz mu, że się zobaczymy jesienią w Monachjum.
Zawahał się sekundę i dodał:
— A ty, Adamie, bywaj zdrów. Ucieszę się, jeśli posłyszę, że ci dobrze, ale chyba, że nigdy tak się nie stanie.
Wzrok i ton złagodniał na sekundę, gdy to mówił; odwrócił się i usiadł konno na niskiem oknie, zabierając się w ten sposób do wydostania na podwórze.