Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Wcale nie! Pojedziemy do znachora: pan, Anielka i ja. Potrzebujemy porady.
— Od czego? Choroby, leczone przez znachorów są trojakie: od wiatru, od złych oczu i od uczyny (uroku). Nie śmiem wspominać o kołtunie i jego rozgałęzieniach. Nacóż pani cierpi?
— Nanic z tego, coś pan wymienił. Zresztą, nie jest to znachor od chorób, ale znachor od miłości.
— Od miłości? — przeciągle zapytał i przyklękając, podał jej róże. — Miłość ma pani w mej osobie, u swoich stóp!
— Otóż właśnie, chcę zapomocą znachora utrzymać pana u mych stóp do końca życia.
— Panno Jadwigo, z całą chęcią, ale to się pani znudzi.
— Bynajmniej.
— Pani zechce się ruszyć, a ja w tej pozycji klęczącej będę zawadzał.
— Bynajmniej.
— Ja sam z biegiem czasu dostanę reumatyzmu, nie będę mógł wstać z klęczek.
— Tem lepiej. Nie będzie pan wstawał.
— A przez ten czas mej adoracji nieustannej, któż nas karmić będzie?
— Karmić? Pan myśli o jedzeniu, kiedy mowa o miłości?
— Niestety, ktoś o tem musi pomyśleć.
— Ja nie chcę, żeby tym ktosiem był pan.
— W każdym razie to znacznie skróci termin mego klęczenia.
— Bo co?
— Bo poumieramy z głodu.
Wszyscy troje wybuchnęli śmiechem. Po chwili jednak narzeczona wróciła do projektu.
— Ale ruszamy do Makara. Pan się przebierze za chłopa i zarządzi ekwipaż.
— Mogę zatem wstać z klęczek?