Strona:Maria Rodziewiczówna - Czarny chleb.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


traktuję oświadczyny twego brata na chłodno? Wprawdzie nie mam iluzyj; moje pokolenie pozbyło się tego balastu, ale w każdym razie żądam czegoś.
— Czego przecie?
— No, chociażby wiecznej miłości.
— Zdaje mi się, że żądasz zatem wszystkiego razem.
— A ty w to nie wierzysz?
— Moja droga, bywają wyjątki.
— W średnich wiekach bywały nawet czary.
— Ach, czary! Na to nie trzeba sięgać aż tak głęboko do historji. Czary na miłość praktykują się jeszcze dzisiaj i wcale stąd niedaleko. O mil parę od nas, we wsi Ługi, mieszka wielki czarodziej, Makar, odwiedzany przez wszystkie zawiedzione dziewczęta i zdradzane żony z okolicy.
— Moja droga! Ja do niego pojadę!
— Naprawdę? Czy cię Jaś już zdradził?
— Nie; ale, by nigdy tego nie uczynił.
— Makar musi zatem dać dużą dozę swych ziółek.
— Więc on daje ziółka?
— Właściwie nie wiem. Nie uciekałam się nigdy do nadprzyrodzonych sposobów.
— Moja droga, kochana! To takie zabawne! Naprawdę, żeby to urządzić maskaradę! Przebierzemy się za chłopki i pojedziemy do znachora. Co on też nam powie? Czy się domyśli?
— Naturalnie, po rękach i mowie, jeśli nie po zaprzęgach i powozie.
— Nacóź powóz? Pojedziemy wozem od drew, a ręce poczernimy zlekka sadzą. Ach, otóż i pan Jan! On się także ucharakteryzuje na chłopa, przebierze się za fornala i będzie nam woźnicą.
Młody człowiek z bukietem róż słuchał zdziwiony tego rozporządzenia, stojąc w progu pokoju.
— Mamy przedstawiać żywe obrazy? — spytał.