Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/215

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Olbrzymi ich tabor dobrnął na nocleg. Jechali ostatnie cztery mile 18 godzin, w tłoku trenów wojennych i chłopskich wozów. Dwór, zda się, zupełnie zapchany — pomieścił jeszcze sto osób i kilkadziesiąt koni.
Tego dnia odczułam już wyraźnie tchnienie idącej na nas burzy. Czuło się ją w powietrzu i w duszy. Późnym wieczorem wyszłam w pole: Głucho jeszcze, daleko — huczały armaty — na widnokręgu, nisko przy ziemi paliły się ogniska obozów przy drodze — suchy powiew wiatru miał swąd pożarów i duszność.
Wracając — wstąpiłam do mieszkania sierot. Gwarno tam było. Kąpano je, zmieniano bieliznę; czekając na wieczerzę — zbierały się pod lipą — i krążąc wkoło, śpiewały o mądrej kaczce i posłusznych kaczętach. Nic ich nie obchodziło — co się działo za cieniem lipy!
Nazajutrz zjawił się najwyższy dygnitarz „ uriadnik4“ z rozkazem, aby otrząsnąć cały owoc z sadu — bo będą przechodzić armje. Rozkaz wydała władza sanitarna, dbała o zdrowie sołdatów.
Spytałam go tedy, czy niema rozkazu, co robić ze spirytusem. Kto go ma pilnować przed