Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Stał nad tem sanitarjusz i rozmyślał bezradnie, i z obojętną miną objaśnił:
— Ojciec sparaliżowany, matka ślepa, babka z odmrożonemi nogami i dziewczynka. I gdzie to podziać, i poco to żyje! Pójdę po ludzi z noszami!
Poszedł — odeszła też pani Anna. Miała jakby wielki ciężar w piersi — i wracała do domu zgarbiona, ledwie wlokąc nogi.
Po drodze ujrzała otwarty kościół i wstąpiła. Było pusto — po nieszporach. Uklękła tedy i nawet nie miała mocy modlitwy. Trwała tak w jakiemś odrętwieniu i męce nieokreślonej — a wielkiej jak morze.
I oto padły jej oczy na ziemię i ujrzała u swych stóp blaszkę jakby z zaśniedziałego mosiądzu. Wzięła ją do ręki.
Medalik to był, stary, wytarty, porysowany nogami tłumu. Jakby z żalem nad poniewierką symbolu wsunęła go pani Anna za stanik i zaczęła się modlić.
Ale roztargniona była, bo w głowie, w uszach słyszała bezustannie: „Ojciec sparaliżowany, matka ślepa, babka z odmrożonemi nogami i dziewczynka — gdzie to podziać!“