Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I tak przeszły do złotnika skrzyni kamyczki rodzinne pani Anny, aż został tylko dukat z Matką Boską, ślubny dar babki i obrączki. Z temi dwoma pamiątkami postanowiła nie rozstawać się i zostawić dzieciom jako jedyny znak minionej świetności.
Żyła w sercu pani Anny wątła jak pajęcza nić nadzieja. Przed wybuchem wojny, mąż jej ratując zadłużonego sąsiada, pożyczył mu dwa tysiące rubli. Były wieści, że sąsiad ów w czas umknął spieniężyć zboże. Dowiadywała się o niego pani Anna przez znajomych, przez wracających uchodźców, przez komitety, gdziekolwiek mogła trafić. Ludzie na tę nadzieję jej ruszali ramionami, lub uśmiechali się z politowaniem.
Ale oto tego dnia, gdy się opowieść zaczyna pani Anna poszła na stację kolei, bo zapowiedziany był eszelon repatrjantów i zwiedziła wszystkie wagony. Były zapchane wracającem chłopstwem, które wyroiło się na plant i założyło obozowisko.
Miała odejść pani Anna jak zwykle z niczem, gdy w kącie jednego z wagonów ujrzała trzy żywe kupy łachmanów, z których odzywał się płacz dziecka.