Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/185

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ale na jałowe rozważanie zagadki losu nie było czasu, bo trzeba było karmić dzieci, opalić stancję, łatać odzież.
W miasteczku był wprawdzie jakiś komitet ratunkowy, ale zajmował się przeważnie pomocą dla skamlącej tłuszczy powracających z wycieczki do Rosji, bieżeńców miejscowych — a zresztą pani Anna ani wprawy, ani talentu nie miała do „skamlania“, przywykła dawać, a nie brać.
Uchowała garść starych klejnocików rodzinnych, więc poszła je spieniężać na chleb i opał, a że rządna była i pracowita, izdebki jej stały się miejscem, gdzie przychodzili inni wygnańcy na długie rozmowy i narady. Kamyczki i oprawy nabywał zwykle od niej stary złotnik, pracujący w sklepiku wielkości szuflady — starzec milczący był — prawie niewidomy; bez ostrej lupy zegarmistrzowskiej nie poznawał ludzi.
Przedmiot przyniesiony na sprzedaż — oglądał długo — potem mówił cenę — i wracał do swej roboty. Nie było targu z nim, nie słyszał jakby przedstawień, próśb, ani wymysłów. Gdy się wreszcie klient zgodził, otrzymywał bez słowa pieniądze i wychodził bez słowa.