Strona:Maria Rodziewiczówna - Światła.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Hreczkę pożęli, swaty ją wzięli, a on przyszedł pod krzyż pożegnać ją po swojemu, smutno, a potajemnie, żeby nikt nie zrozumiał.
I zdjął ją żal okrutny za chłopakiem, który głupi był i sponiewierać jej nie chciał, chociaż tylekroć mógł, bo go miłowała bez pamięci.
Śpiewy weselne zagłuszyły płacz surmy, krewni zaczęli darzyć dziewczynę, rzucając na korowaj pieniądze i płótno. Ulisia płakała, aż się dziwowały swachy i kumy, co jej tak nagle do serca przystąpiło...

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

Gdy Roman wieczorem do chaty wrócił z surmą, a bez krokwi, matka wpadła w gniew straszny, porwała instrument i wrzuciła do pieca, wymyślając mu i grożąc.
On się jej nie opierał, spojrzał jak płomienie objęły surmę i spokojnie rzekł:
— Nie będę już więcej nigdy grać, ni próżnować. Niech zgore. Jeszcze ja dzisiaj słaby się czuł, taj chory. Więcej tego nie będzie.
Poszukał oczyma bociana, dojrzawszy go śpiącego w kącie, dodał: