Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/88

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Gdy Marek nazajutrz, wydawszy najdrobiazgowsze rozporządzenia, kazał sobie konie zakładać, kilku najśmielszych przyszło się pożegnać.
— Ale pan wróci do nas? — pytano niespokojnie.
— Wrócę z Orwidami, zdać im służbę! — odparł z niebywałą wesołością.
Jak huragan przeleciał przez zaścianek; starych nie było. Panna Aneta kopała jakieś korzonki w dąbrowie, Ragis pola pilnował; rzucił im słów kilka, zatknąwszy papier za szybę; rad był tę wieść radosną krzyczeć całą rogę każdemu spotkanemu.
W Kownie Jazwigło go nie poznał, cofnął się o trzy kroki, z czerwonego stał się fioletowym, sinym, jak śliwa.
— Co się stało? — zakrzyczał — palą się poświckie składy z wódką? Czy co? Gadaj!
— Orwidowie są! — wyrzucił z siebie bez zwykłego namysłu i lakonizmu[1] — Sukcesorowie pana Kazimierza pisali do Hanki z Ameryki. Nie miał pan listu?
— Listów mi nie brak, ale nie od Orwidów! Jakże to, czy tylko prawdziwi? Może jakie oszukaństwo? Opowiedz porządnie!
Wysłuchawszy, stary jurysta[2] długo sumował, bębniąc palcami po stole; wieść ta zakrawała na bajkę. Ostrożny to był Żmujdzin i często zdradzany.
— Poczekajmy listu! — wygłosił wreszcie swe zdanie.
Czekali tedy. Marek chodził od telegrafu na pocztę lub siedział w salonie Jazwigły, admirując[3] brata i pannę Marynię, gadających ze sobą godzinami. Co to można mówić, widząc się codzień, po dniach całych, tego nie pojmował i nigdy nie słuchał, a tamci też nie krępowali się jego obecnością.
Raz tylko spytał brata, wieczorem, w drodze, do zajazdu:
— A cóż tam z twoją spółką handlową z Kirgizami?
— Niech ją pies zje! — machnął ręką Kazimierz — albo ja dzik, żebym do dziczy wracał? Mnie tu, jak w raiku, miły brat! Szukam posady, bo to, widzisz, i żenićby się wypadało! Źle samemu na świecie! Co?
— A pewnie! — potakiwał Marek roztargniony.
Tego samego dnia stary Jazwigło zaszedł, niby przypadkiem, do pokoiku córki i zaczął od pytania, co jutro będzie na obiad. Potem zagadnął o cenę mięsa, o sklep piekarza, o uczciwość Agatki kucharki, wreszcie umieścił swoją okrągłą figurkę na kanapce i po długiem, milczącem pykaniu z cybucha, rzekł mimochodem:

— A to, słyszę, Czertwan wyjeżdża znowu do Rosyi?

  1. Lakonizm — zwięzłość mowy.
  2. Jurysta — prawnik.
  3. Admirować — podziwiać.