Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/81

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ponuro — a jak ciężko, to mają mnie na usługi. Dziś spotkaliście mnie na drodze do macochy.
— Na cóż dajesz? — zaperzył się Ragis.
— Żęby kto inny nie dał.
Panna Aneta ze zwykłym swym łagodnym taktem wmieszała się do rozmowy.
— Dosyć, Marku, dosyć. Dobrą drogą idziesz, uczciwie pracujesz, nikogoś nie skrzywdził i nie przeklinał, toś bogaty i szczęśliwy. Bądź spokojny, przyjdą po ciężkich dobre dni, nagrodzą ci za te troski. Nie trap sie. Inaczej nigdy nie bywa, taki porządek świata. Chodź do ogrodu, zobacz, jak drzewka puszczają pędy, jak się zieleni. Zmęczyłeś się drogą, głowa ci płonie... Może co boli? Nie kaszlesz?
Staruszka dziwny wywierała wpływ swą słodyczą. Gorzka rozpacz Marka i zniechęcenie stopniały przy tych cichych, delikatnych wyrazach troskliwości; nie mógł na nią patrzeć ponuro, odpowiadać ostro.
— Dziękuję, ciociu — szepnął. — Boli głowa, ale to mi często dolega. Fraszki!
— A widzisz! A nie powiesz nigdy! Każda choroba od fraszki się zaczyna i fraszką, ziółkiem, da się z początku wyleczyć. Jakiś ty niepoczciwy, że milczysz. Poczekajże, rosa pada, chodź do domu. Zaraz ci naparzę brunelki z melissą. Wypijesz, nieprawda? To takie smaczne i orzeźwiające. Chodź moje dziecko kochane, chodź!...
— Ot, słucha panna Aneta! — zakrzyknął Rymko, napychając fajkę — nie ziółka mu trzeba, ale żonki! To się wie. Humory młodości i basta. Ja to po sobie wiem. Kawaler kawalera rozumie...
Przymuszał się do żartu, żeby rozerwać stroskanego. Zniesiono mu na wieczerzę różne przysmaki, przez słabość dla staruszki opił się posłusznie szkaradnego odwaru, rozmawiał nawet trochę o Kazimierzu.
Około północy udali się z Ragisem na spoczynek. Chłodno było, więc stary naniecił ogień z chróstu na kominie i zasypiali przy tem świetle.

Marek z rozkoszą wyciągnął się na posłaniu, w swego ukochanego rycerza z blachy oczy wlepił i rozmyślał nad tem, co gorsze: owe krwawe, straszne boje z Krzyżakami niegdyś, czy to nędzne, podłe szamotanie się z losem, bezkrwawe walki, tysiące drobnych ciosów, przygniatająca atmosfera wieku. Rycerz miał dzikie, ale spokojne oblicze; zaciekły, ale pełen woli profil[1], gonił wroga z jakąś wiara i nadzieją zwycięstwa, a jego potomek nie posiadał już tej nadziei: energię zastąpił bierną apatyą, walka ta niewidzialna wyżerała mu duszę.

  1. Profil — zarys twarzy, widziany z boku.