Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/23

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja, papo, sam nie wiem — wybąkał — może da Bóg, papo wyzdrowieje.
— Ty nie doktór, a mnie pociech nie trzeba. Czego chcesz na swój dział?
Chłopak spojrzał na matkę, na księdza, i zachęcony przyjaznem skinieniem, odparł już śmielej:
— Jabym chciał gospodarować z mamą w Skomontach, jeśli papy łaska.
— Tak?.. — zamruczał Czertwan.
I podnosząc oczy, spytał:
— A ty, Marku?
Olbrzym snadż się już namyślił, bo odparł natychmiast:
— Dajcie mi, ojcze, nieboszczki matki zagrodę w Saudwilach i Dewajtę.
— Na swój chleb chcesz iść i żenić się pewnie także? — spytał ojciec posępnie.
— Już mi czas! — odrzekł krótko syn.
Stary sposępniał, skrzywił się, jakby go coś zabolało, i chwilę czekał, czy się kto jeszcze nie ozwie.
— A ty? — zagadnął, do żony się zwracając.
Zaszlochała okropnie.
— Mnie nic nie trzeba, gdy ciebie nie stanie. Kąt w Skomontach do śmierci przy Witoldzie! Co wdowie miłe? Jeden grób!
Znowu pomilczal trochę i znowu westchnął.
— Zapomnieliście wszyscy — zaczął smutnie — że tu brak jednego, że troje dzieci miałaś.
Kobieta wstała z klęczek i przerwała mu gwałtownie:
— Zabroniłeś go wspominać. Przekląłeś!
— Nie! — zaprzeczył, a oko mu strzeliło iskrami. — Choć przeklęty każdy, co ziemię rodzoną rzuca, gdy mu ciężko! Pamiętajcie: przeklęty! Wstyd on mi zrobił i hańbę, ale to moje dziecko! Zachowałem mu tę ziemię i pamięć w sercu, choć smutną. Może on wróci, czekajcie! I darujcie, gdy do was przyjdzie, jak ja darowuję.
Znowu zamilkł, myśli zbierał, zapatrzony w płomyk gromnicy.
— Dawaj tu plany, Marku! — rzekł.
Syn wyszedł, wrócił po chwili i żądany przedmiot rozwinął przed nim, a chory trochę się podniósł i, chudym palcem wodząc po papierze, coś pokazywał i mówił:
— Skomonty po ojcach wziąłem i starym obyczajem najmłodszemu oddaję. Za rok, z dniem pełnoletności, Witold je obejmie, a tymczasem matka niemi zarządzi i przy nim do śmierci zostanie.
Chłopak obejrzał się znów na matkę i spytał z cicha:
— To Marek już tu nie będzie gospodarzyć?
— Kiedy mówię, że matka, to nie Marek! Słyszałem,