Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/22

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Po sto talarów sztuka.
Sięgnął do kieszeni po pieniądze snać, ale chory głową potrząsnął.
— Zostaw! To nie nasze. Do poświckiej kasy złożysz. To Orwidów grosz! Dobrze, żeś wrócił! Bałem się ciebie nie doczekać, ale Bóg łaskaw!
Umilkł, jakby myśli zbierał, i zaczął powoli:
— Nie pisali moi ojcowie nigdy testamentu, bo i po co? Uczciwy uszanuje ojcowskie słowo, a zły i pismo zburzy! Starym obyczajem i ja was chcę za życia podzielić ustną wolą. Ziemi kawał jest świętej i grosza trochę, a byście nie skarżyli mnie kiedy, żem kogo skrzywdził, sami powiedzcie, czego chcecie z ojcowizny? Ja rozsądzę! Mówcie, dzieci!
Zapanowało milczenie. Marek oczy spuścił, namyślał się po swojemu nad każdem słowem i czekał na tamtych, na troje, co się skupiło bliżej posłania: dwoje przyrodnich i macocha. On stał dalej i sam.
— Mówcie, dzieci, mnie pilno kończyć! — powtórzył chory.
Wówczas z klęczek przysunęła się do rąk jego szczupła postać dziewczynki może ośmnastoletniej, bardzo bladej i mizernej. Podniosła oczy swe czarne, cudne wyrazem myśli wielkiej i szlachetnej, i wyszeptała:
— Papo, i ja mogę o co prosić?
— A jakże, Hanko, możesz. Mów śmiało!
— Papo! ja nie chcę ani ziemi, ani grosza, nic, nic, tylko słowa waszego, żeby mnie uczyć się nie bronili! Ja im wszystko oddam za swobodę i pracę, która kocham. Wszystko!...
— Hanko!... — upominała matka z cicha.
Dziewczyna wzdrygnęła się i, nabierając otuchy, mówiła coraz goręcej:
— Ja wiem, mamo, to nie wypada, niestosowne: mama chce mnie zatrzymać w domu, a ja nie mogę! Papo! na Boga się klnę, że nie nadużyję swobody, tylko mi ją dajcie, bo... bo...
Zabrakło jej tchu.
— Dokończ! — rzekł chory.
— Bo żyć nie potrafię bez nauki i woli, i nie dopuśćcie, papo, żebym kradła to, jak głodny — chleb.
Sucha dłoń starca spoczęła na rozpalonej głowie, jakby ją uspokoić pragnął, ale nic nie odrzekł na prośbę, tylko dalej sięgając wzrokiem, spytał:
— Na ciebie kolej, Witoldzie. Chodź bliżej!
Z mroku wysunął się chłopak dwudziestoletni, uderzająco ładny, smukły, odziany z wyszukaną elegancyą, i nieśmiało przystąpił bliżej.