Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/179

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Tymczasem pod figurą na rozdrożu tłum chłopów rósł. Znalazły się i kobiety, obładowane jakimiś węzełkami, i młodzież, i dzieci
Naradzili się z sobą i ruszyli hurmem, nie na plebanię jednak, ale wprost do zaścianka. Na czele wójtowie obu gromad, ławnicy i starszyzna, dalej długim szeregiem prości żołnierze tej wielkiej, szarej armii rolnej. Kroczyli uroczyście ulicą aż do Markowej zagrody.
Pogorzelcy z Ragisem i parobkiem rozrzucali zgliszcza, uprzątali popalone resztki i kupy popiołu. Gromada wtłoczyła się na podwórze i stanęła.
— Pochwalony Jezus Chrystus! — pozdrowili wójtowie, a za nimi chór cały.
— Na wieki! — odparł Marek, uchylając czapki.
Stary chłop, patryarcha[1] Skomontów, wystąpił naprzód i ozwał się:
— Przyszli my panicza poszkodować! Ale szkodowanie sercu miłe, a ani wróci chaty, ani nowej odbuduje. Słowami węgłów nie wzniesiemy i chudoby nie ożywim. Więc my się zebrali z braćmi zarzecznymi i niesiem paniczowi żal nasz i ręce. Niema u nas pieniędzy, by wam w tej biedzie pomódz, ale zdrowych rąk siła, moc. Więc wy, paniczyku nasz, nie frasujcie się o robotnika i sprzężaj... tylko o materyały się postarajcie, a my przyjdziemy, jak teraz, gromadą, kto tylko siłę ma, i odbudujemy tę zagrodę waszą...
Marek spojrzał w twarz mówcy, potem po tłumie tych głów odkrytych, i nagle rzucił czapkę o ziemię i zapłakał.
Hart jego nie wytrzymał wrażenia tych słów i widoku...
Łzy mu biegły z gorejących oczu, jak rosa. Machinalnie otarł je rękawem i z trudem wyjąkał:
— Za co wy tacy dobrzy dla mnie, bracia? Czem ja wam się zasłużyłem?
Wszyscy zaczęli coś krzyczeć i dowodzić, kobiety poczęły łkać.
Stary mówca nakazał milczenie i znów się odezwał:

— Oni gadają każdy swoje. Jeden o polu, drugi o chorobie, trzeci o dzieciach czwarty o pomorze bydła. W każdej chacie wy, paniczu, zapisali się dobrodziejstwem i ojcowie wasi. A ja za wszystkich odpowiem. Żyli wy z nami, jak brat z bratem, szanowali siebie i nas, ratowaliście nas w chorobie, i w głodzie, i w pożarze radzili dobrze. My milczeli, ale pamiętali; teraz nasza kolej wam zapłacić, to my i przyszli.

  1. Patryarcha — najstraszy z rodu.