Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zaskoczyli; przez chwilę bronił się ojciec, strzelał, matka bron nabijała; potem wdarli się do środka: jeden matce tomahawkiem[1] pierś rozszczepił, dwóch rzuciło się na ojca, reszta, jak stado szatanów, rozbiegła się za rabunkiem. Boże!... pan się dziwi, że taką noc można zapamiętać? Dzieckoby nowonarodzone zapamiętało...
Ciemność, wrzask, wycia, pisk, trzask łamanych sprzętów, w ciasnych ścianach natłoczenie tygrysów wściekłych i trupy, charczące agonią...
Wypełzłam z posłania, dygocąc, jak w febrze, szukam rodziców, opieki, wołam z cicha: »mamo!« »mamo!« Nikt mi nie odpowiedział, bo nie było żywego ducha w matczynem ciele, co obok leżało na ziemi i stygło już!..
Nie mogła mówić dalej. Zbladła aż do ust, a z oczu, jak perły, padały łzy na splecione kurczowo dłonie; członki drżały okropnem wrażeniem.
Czertwan już teraz śmiało na nią patrzał. Cala ta ohydna scena mordu odbiła mu się w duszy, jakby ją wspólnie widział i razem cierpiał.
I pomyślał ze wstydem, że jego wszystkie smutki, niedole, troski niczem były przy rozpaczy i żalu tego dziecka czteroletniego, szukającego darmo ratunku u piersi zmarłej matki, w tę noc straszną.
Zapomniał, kim ona była, co stało między niemi, że nie miał prawa odezwać się z pociechą, on, obcy, biedak, do tej magnatki; w duszy jego coś nieznanego bolało, rwało się, ciągnęło do niej, aż wybuchnęło na zewnątrz.
Pochylił się, ręce jej zimne a drżące wziął w swoje i do ust poniósł. Wargi mu drgały, spazm dławił w krtani, żal rozpierał serce.
— To panią boli, proszę nie mówić! — rzekł z cicha, dziwnie serdecznie.
Na to słowo przyjazne załkała w głębi duszy i długo płakała w milczeniu. Potem opanowała się trochę, otarła oczy, odrzuciła włosy z czoła i spokojnym już, smutnym wzrokiem spojrzała na niego.

— To nic, panie!... Mówić nie gorzej boli, jak śnić o tem i ciągle tę chwilę mieć przed oczyma!... Tyle lat minęło, czas zahartować się... Od czasu, jak tu jestem, ciężej mi, bo wśród obcych, dlatego dziś gorzej płaczę! Tam, w Ameryce, miałam tyle życzliwych serc, strzegli mnie przed tem wspomnieniem, a teraz ciągle myślę... W ojczystym domu rodzice zawsze na myśl przychodzą. A moi daleko!... I tak marnie zginęli... Panu się zdaje, że już koniec to, com mówiła? Nie, widziałem gorsze chwile!... Matka nie słyszała mego płaczu, ale ojciec usłyszał. Miał na sobie ran kilkanaście, broczył krwią, porzucono go, jak trupa, a je-

  1. Tomahawek — siekiera wojenna u Indyan.