Strona:Maria Rodziewiczówna-Dewajtis (1911).djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dnak on posłyszał i znalazł siłę powstać, wziąć mnie na ręce i wypełznąć z chaty... Noc była czarna, jak piekło; na kolanach, bo nogi miał pokaleczone, zaczołgał się w gąszcz, tam mnie ukrył, a sam legł... Myślałam, że umarł, straszno mi było; przytuliłam się do niego i nie śmiałam odetchnąć, ani płakać...
Wrzawa w naszej chacie wciąż trwała: musiały powstać bójki o nędzną zdobycz, krzyki tryumfu... Potem coś błysnęło w tej stronie, potem w drugiem miejscu i w trzeciem.
Wycie wzmagało się ciągle... Aż nagle buchnęła jasność pod niebo, rozświeciła polanę i drzewa lasu. Nasza chata stała w płomieniach. Indyanie otoczyli kołem pożar i, miotając się w bojowym tańcu, zaintonowali jakiś śpiew dziki i przejmujący... Przerażona, zaczęłam skubać ojca za ręce i odzież, wołając: »mama tam«, »mama pali się!« ale on omdlał z upływu krwi i nie ocucił się. A łuna rosła, pożerała trud tyloletni, cały nasz skarb i zwłoki matki...
Zgliszcza i ruiny zostały na polanie, jak tutaj!... Wróg wszystko zabrali...
A ojciec pani? — szepnął słuchający.
— Ojciec po to tylko ocalał, by dowlec się do pierwszych osad. Trafił szczęśliwie na pana Marwitza; chciał wracać do kraju, ale, jak wszystko, i to go zawiodło... Teraz coraz częściej myślę: i mnie lepiej było tam pozostać. Po co ja wróciłam? Tak mi tu żle, i ciężko, i pusto...
Wstała przy tych słowach i obejrzała się po polance. Nie spostrzegli, że wieczór zapadł zupełny. Kilka bladych gwiazdek zarysowało się na ciemnym szafirze, rosa pokryła mchy i trawy.
— Zatrzymałam pana tak długo. Przepraszam! Clarke widocznie wracać nie myśli. Popłynę już sama z powrotem i odeślę mu czółno.
— Pewnie go zatrzymano w Skomontach na noc.
— Należy mu się nagroda za poświckie nudy, które znosi dla mnie. Żegnam pana i dziękuję za towarzystwo. Czy pan nigdy nie przypomni sobie Poświcia?...
— Jeśli pani sobie życzy, mogę dziś tam być!
— Czy to przez litość, panie Czertwan? — zagadnęła dziwnym tonem.
— Dlaczego?...
— Bo przecież nie dla własnej przyjemności, sądzę!...
Nic nie odrzekł. — »Może dla własnej zgryzoty«. — pomyślał z goryczą, ale się nie cofnął.
Pierwszy raz w życiu Marek Czertwan opuścił obowiązek. Czekał go napróżno Ragis, i Juchno, i Wojnat chory, czekano go daremnie w Skomontach i na probostwie, w Żwirblach i Ejnikach. On pozostał w Poświciu.