Strona:Maria Konopnicka - Nowele (1897).djvu/312

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


bowiem, że wydaje Cygana w ręce ciężkie i nieubłagane.
— Niech już wielmożny pan na nas się ubezpieczy. — Pokłonił się Wiewióra. — Już my go tam tak oporządzim, coby mu się odechciało na drugi raz. Już my go...
Nie skończył. Pan nadzorca podniósł się z fotela.
— Jakób! — zawołał na strażnika — wyprowadzić go im na górny korytarz. Niech i insi posłuchają dla swojej nauki. A potem do mnie tu, do kancelaryi, co mu sumienie roztrząsnę.
Jakób zwrócił się lewo w tył, pachołki popchnęli Cygana, a deputacya przystąpiła do ucałowania ręki «wielmożnego», który teraz dopiero mógł swobodnie zapalić cygaro i przejrzeć dzienniki.
W chwilę potem na górnym korytarzu rozległ się krzyk ostry, przeciągły.

· · · · · · · · · · · · · · · · ·

Jedną z najmilszych czynności pana nadzorcy było roztrząsanie sumień aresztanckich. Posiadał on cały zapas przemówień moralnych w wielkim religijnym i społecznym stylu, całą kopalnię przestróg wzruszających, cały skarbiec pięknie zaokrąglonych zdań i budujących maksym. Stanowiło to jego specyalność i przedmiot prawdziwego dyletantyzm. A czynił to wszystko z natchnienia, bez uprzednich przygotowań, improwizował poprostu. Przy improwizacyi takiej sam bywał niezmiernie wzruszony, a drżący