Strona:Maria Konopnicka - Nowele (1897).djvu/311

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niema jak bicie. A co on, wielmożny panie? To on pierwszy się tu popadł i będzie wszystkiem zaprószenie oczów robił? Wielmożnego pana martwił? Ojca, matki nie szanował, więzienia nie szanował, to co na takiego jak nie baty?... On i porządnego bata nie wart! Żeby jego choroba! Tfy!
Tu splunął mówca, a retoryczna ta figura pobudziła deputatów do nowych wzdychań u progu.
Pan nadzorca bębnił palcami po stole. Był on w położeniu arcydelikatnem. Z jednej strony uśmiechało mu się takie zakończenie tej niemiłej sprawy, z drugiej miał skrupuły co do legalności podobnego jej obrotu. Na szczęście przypominał sobie, że czytał gdzieś niedawno, jako w Ameryce nieraz sami przestępcy wymierzają karę na swych towarzyszy. To go uspokoiło od razu. Owszem, nadało myślom jego bieg górny i wzniosły. Czuł się inicyatorem nowych idei w społeczeństwie, idei z Nowego-Świata. Czuł się humanistą na wielką skalę.
Wydął tedy świeżo ogolone policzki, co uwydatniło piękny jego podbrórek i odsapnął kilka razy z zupełnem zadowoleniem.
Cygan tymczasem pochylił głowę na piersi i przymknął zagasłe oczy. Wszystkie muskuły jego bolesnej twarzy drgały. Zdawało się, że jest blizkim omdlenia.
— Dobrze to jest — powtórzył pan nadzorca — ale niechże kara nie będzie lżejszą od tej, jakąbym mu ja sam naznaczył.
Mówił to, aby coś powiedzieć. Przekonany był