Strona:Maria Konopnicka - Nowele (1897).djvu/308

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


w dłonie. — Jak mi Bóg miły takem go widziała. Ino mi się mignął... Jeszcze myślałam, że świnia.
— A żeby was najjaśniejsze!... — wrzasnął strażnik, chwyciwszy się za głowę.
W podwórzu sądny dzień nastał. Aresztantów spędzono w jednej chwili w korytarze, pogoń za zbiegiem rzuciła się w ulicę.
— Łapaj!... Trzymaj!... — rozległo się najpierw z blizka, potem coraz dalej, dalej.
O sto kroków może od więzienia leżał siwy kubrak pod murem nieco dalej leżała czapka.
Nie było teraz wątpliwością w którą stronę uciekał Cygan. Jakoż w chwilę potem Filip, ojciec Jóźka, zobaczył Cygana, jak w koszuli i w hajdawerach leciał, jakby go wiatr unosił, ziemi ledwo dotykając stopami.
Okrzyknęła się pogoń ponownie, a zbieg pędził przed tym okrzykiem, jakby mu w dwoje tyle rączości przybyło.
Zła jego gwiazda trzymała go wszakże ciągle w prostej linii, na oczach goniącym. Biegł jak strzała szybko i jak strzała, wciąż prosto przed siebie. To go zgubiło.
Okrzyki goniących dościgały go coraz bliżej, a przestrzeń, która go od nich dzieliła, zmniejszała się co chwila.
Wtem padł; a choć się w tejże sekundzie niemal porwał z ziemi i znów pędził dalej, znać było, że siły jego blizkie były wyczerpania.
Biegł wszakże jeszcze chwilę, coraz wolniej, wolniej, nareszcie — jakby sam czując, że nie ujdzie —