Strona:Maria Konopnicka - Nowele (1897).djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


jak wykręcić skrzynię, żeby wozy mogły w podwórze wjechać.
— O la Boga! — przemówiła nagle Janowa — tak mi się coś w czach migło, jakby nasza świnia... A skocz ino Józek do chlewiku, obacz czy się maciora nie wywarła kędy... Ino duchem, na jednej nodze!
Chłopak w chwilę był z powrotem.
— Co się tam miała wywrzeć. Taka obżarta, że się ruchać nie może... Układła się w słomie i leży, a prosiaki przy niej jak pijawki wiszą.
— A tak mi się coś siwego migło między końmi. O tu! — pokazywała Janowa, stanąwszy w pobliżu wązkiego przesmyku, jaki między skrzynią a wozem pozostał.
— Przywidziało się Janowej i tyle — odrzekła niańka, podejmując na nowo swoją jednostajną piosenkę.
— Ale!... Co mi się miało przywidzieć? Przecie człowiek nie pijany. Jak Boga kocham, tak akuratnie między końmi coś siwego przeleciało... Pies nie pies, świnia nie świnia, żebym tak zdrowa była?
W tej chwili strażnik rzucił okiem i nie zobaczył górującej zwykle nad innemi czarniawej głowy Cygana.
— Cygan!... Gdzie Cygan?... — wrzasnął, przyskakując do wpół otwartej furtki.
Aresztanci spojrzeli po sobie. Cygana nie było.
— A to musi nie co, ino ten ladaco swisnął bez bramę pod wozem — mówiła Janowa, klasnąwszy