Strona:Maria Konopnicka - Nowele (1897).djvu/301

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z kątów podwórza obudowanego dokoła murami więziennego gmachu, nizkie drewniane sztachety grodziły szczupły kawałek gruntu, podzielony dwiema krzyżującemi się uliczkami na cztery równe prostokąty. Najdłuższa załamana w rogach ogródka drożyna biegła po pod sztachetami do furtki, wprost której w przeciwległym kącie stała tak zwana altana, rodzaj okrągłej, przejrzystej, z wązkich deszczułek zbitej szopy, z czterema wewnątrz ławkami i podtrzymującym krokwie słupem.
Trochę młodocianych drzewek trzęsło w słońcu ostatkiem złotych liści, a choć nie było najlżejszego wiatru, liście te padały cicho na zarosłe zielskiem rabaty i ścieżki, twardo stopami więźniów ubite. Przy zbiegu prostokątów stało parę krzaków blado-liljowych astrów, które zdawały się obracać gwiaździste swe oczy za temi nędznemi postaciami, co się po uliczkach snuły.
Aresztanci chodzili po dwóch, po trzech, na pięty sobie niemal następując. Większa ich część miała piersi zapadłe i pochylone grzbiety, na których siwe więzienne kapoty wisiały jakby na kołkach.
Najcharakteryktyczniejszą cechą więźnia jest jego postawa. Przy pewnej wprawie można po niej od piewszego rzutu oka poznać długość odcierpianej kary, tak właśnie jak się po zębach wiek konia poznaje.
Jednoroczni różnią się pomiędzy sobą znacznie chodem, ruchem rąk i ramion, sposobem trzymania głowy i noszenia siwego kubraka, sztywnością szyi, nawet trybem wykręcania się na zawrotach drogi.