Strona:Maria Konopnicka - Nowele (1897).djvu/300

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A prr!... A gdzie!... — dodał ściągając batem lejcową, która mu się zaplątała w półszorkach. — Ażeby cię!..
Zeskoczył po orczyku na ziemię, okręcił lejce na kłonicy i pięścią, jak taranem, zaczął walić w bramę.
Rozległo się wielkie echo po sklepionem wnętrzu, przez długą wszakże chwilę nikt nie przybywał.
Zaczłapały wreszcie jakieś ciężkie kroki, a razem ze zgrzytem klucza obracanego w zamku, dał się słyszeć głos cierpki i gniewliwy:
— Czego walisz! Czego walisz? Czego próżno pazury obijasz? Jak mam otworzyć, to i bez twego walenia otworzę!
— A niechże was, z takiem otwieraniem! A prr!.. A prr!... — wołał parobek, biegnąc znów do koni, które w bok z wozem skręciły.
Chwycił lejce i wywijając batem nad końmi, wjechał w bramę, której wierzeje z łoskotem uderzyły o ściany, a z bramy w podwórze do połowy woza. Nie mógł dalej, bo zawaliły mu w poprzek drogę skrzynie od kartofli. Zaopatrywano się na zimę i to spowodowało pewne zamieszanie w cichym zazwyczaj dziedzińcu więziennym.
Zamieszanie to żywo zajmowało aresztantów, wypuszczonych właśnie do ogródka na popołudniową przechadzkę. Właściwie mówiąc nie była to przechadzka, ale raczej kręcenie się w kółko i popychanie wzajemne, gdyż miejsca bardzo mało, a więźniów stu przeszło. To co się nazywało ogródkiem, także nie wiele do ogrodu było podobnem. W jednym