Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/63

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


podniósł się, przeciągnął i powlókł na lewą połać rynku, gdzie widać było cały szereg żydowskich kramnic, których drzwi, na głucho zaparte, przypominały, że to dzień szabasu. Kramnicom tym dodawały nieco zachrony starożytne, wsparte na drewnianych słupach podcienia, przez których przezrocza, z gruba cięte w poczerniałych okapach, siały się złagodzone blaski. Gorąco jednak było tutaj tak wielkie, że roztopione żywice wystąpiły wzdłuż smolnych słupów i belek.
Pies też, który szukał ochłody, powęszył tylko i zawróciwszy, pobiegł w przeciwną stronę rynku, gdzie nowsze budowania mieszczan garnęły się do murowanego ratusza. Odbite od białych tynków słońce, oślepiało tu niemal, a rozgrzane powietrze migotało na tej bieli tak silnie, że oczy zachodziły łzami. Ani drzewiny, ani kamienia nawet, któryby rzucał choć najmniejszy cień na rozpalone bruki. Pies przebiegł wzdłuż tej połaci, daremnie legowiska szukając, i pod półwozie powróciwszy, rzucił się o ziemię z głośnem stęknięciem.
Przez cały ten czas siedząca na ziemi kobieta nie poruszyła się, nie zwróciła głowy. Całą twarzą w ten biały blask podana, z dziką