Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/313

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


poczem ziewnął, splunął, sukienną czapkę na głowie poprawił i do odwrotu się zbierał.
Tknęło to Łukę, który targu o byśka dobić chciał; z całą tedy pasyą zwrócił się do Franka:
— Ustąpisz mi ty na bok, zła duszo, czy nie ustąpisz? Chłopaki! Ruszta się ino!...
Ale chłopaki bawiły się zbyt dobrze całą tą „komedyą”, żeby się ruszać miały. Trącił jeden drugiego łokciem, spojrzeli po sobie, i stali.
Łuka się za Gotlibem puścił.
— Dalej, sąsiedzie! Półzłotka przyczyńcie i będzie zgoda z nami! Ja dziś do zgody, jak do wódki! U mnie tak! Dzień płaci... dzień traci. Dalej, panie Gotlib!... Zgoda!...
Mówił szybko, obficie, głośno, jakby chciał zagadać głupią mowę Franka.
Niemiec odchodził niby. Nie mógł on właściwie odejść, póki Bodniak stał, a z nim i furka jego, z której zwrócona łbem do dyszla szkapa wyciągała grubą, w bagnach sieczoną, trawę. Bodniakowi zaś nie spieszyło się wcale ze szwagrowego podwórka.
— No?... półzłotka! Jakże będzie? — powtarzał Łuka. — Kupujta, póki przedaję!... No?... Jakże?... Co ta będzieta na głupiego patrzeć! Róbma zgodę... Dalej go!...