Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/312

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Nastąp pokrako!... Chorobna dusza!.. A żeby cię...
Zerwał się Franek i do Łuczyny podbiegł. Głębokie łkanie wstrząsało jego nędzną piersią.
— Gospodyni! — wołał przerywanym głosem — Gospodyni!.. Nie przedawajta miemcom chałupy! Dlaboga, rety! nie przedawajta chałupy!...
— Do cna ogłupiało chłopisko! — szeptały między sobą baby.
— Bo to nic?
— Na zwiosnę takiemu najgorzej...
— A odczepże się, odmieńcze! — krzyczała kobieta. — Owaryował, czy co! Adyć go weźta! — Ale nie trzeba go było brać. Sam porwał się i wyciągnąwszy przed siebie trzęsące się, łachmanami rękawów ledwo że okryte ręce, ryknął wielkim głosem:
— Rety!... Maryo!.. Rety!.. Ludzie!... Gospodarze!.. Nie przedawajta się miemcom!.. Dlaboga ludzie!.. Nie przedawajta!..
Uderzył w dłonie i złożonemi rękoma trząsł przed głupią swoją głową, a po śniadej twarzy leciały mu łzy, ciężkie, jasne, gorące.
— A dummer Kerl! — powtórzył Gotlib;