Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/31

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Uśmiechnęła się świetliście, błogo. To cichutkie skonanie matki zdawało się być jednem z najsłodszych wspomnień. Kto wie, czy nie najsłodszem nawet.
— I cóż się stało z wami dziećmi i z bratem?
— Brat to za średniaka na drugą wieś poszedł, a te małe też się do pasenia godziły, więc je ludzie pobrali. Tylko mnie, żem to „namniejsza“ była, to ta różnie, tak i owak sieroctwo żarło... Ano, pojęła mię do się „ujna,“ że to u niej chłopaki same były, i tak mnie u siebie chowała, ale że mi ta nie było nijakiego dobra. „Ujna,“ jak „ujna,“ zwyczajnie, to pchła, to szturchła, jak to nie trza powiadać o sierockiem dziecku. Ale że jeść to dała. Choć ta „pozliwki“ jakie, to dała. Drugi raz to i kotu ujęła, żeli nie dostawało, a równie pamięć miała, że to sierocie głód. I wszystko się obeszło. Tyla co one chłopaczyska strasznie nade mną panowały. Nie przeszedł jeden, żeby włosów nie targnął, nie szczypnął, pod ziobro kułakiem nie zajechał... To ono ciało na mnie, pani moja, ino się od siniaków bestrzyło... Te ramienia, te boki, te plecy, to aże graniate były na mnie... A najbarziej to mnie one chłopczyska poniewierały, żem ich uglądała, jak się na książce uczyły. To mnie odpędzali, to mnie