Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/308

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


szeroko otwarte, pełne przerażenia oczy w Łukę wbił, nie pojmując zgoła, dlaczego chłop wszystkiego nie ciska i złodzieja gonić nie leci. Zdawało mu się, że go nie rozumie chyba, nie wierzy mu. Z większą tedy jeszcze siłą grzmotnął się kułakiem w piersi.
— Porwał gospodarzu!.. Porwał!.. Żebym tak szczęśliwego skonania doczekał, jak złodziej miemiec porwał!..
Gotlib odwrócił głowę, splunął, i znów się o krok cofnął.
Na chłopa uderzyły ognie.
— Co miał porywać, zatracona duszo, co?.. Sam przedałem!
Otrząsnął się. Frankowi ręka opadła.
— Głupi! głupi! głupi!.. — wołały dzieci, skacząc koło studni.
Franek patrzył na chłopa obłędnie, tępo, pomiarkować się zgoła nie mogąc. Z ustami otwartemi i wyciągniętą szyją stał przez chwilę niemo, aż zaczął głosem ochrypłym, zmienionym:
— Wy, gospodarzu?... Wy jemu przedali?.. Wy sami przedali?..
— Psssia... cie! — zaklął chłop, mocując się z byśkiem.