Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/307

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Głupi! głupi! Widzita głupiego! — wrzeszczały dzieci z rosnącą uciechą.
Chłop odwrócił się nagle.
— A ciszej, kołtuny! — tupnął na dzieci — a pójdziesz!.. — krzyknął na Gasia, który oblatywał byśka, szczekając i za nogi go łapiąc, jakby się zapamiętał właśnie.
Franek chłopa za rękaw precz targał.
— Gospodarzu! Łuko!... — zaczął znów swoje. — A to złodziej...
Gotlib namarszczył się i cofnął krokiem. Stali niemal tuż przy studni, a głupiemu nie wiadomo, co do łba strzelić może.
— Idź głupi! — oburknął się chłop i odmachnął się gniewnie.
Ale Franek nie ustąpił z miejsca, tylko ścisnął kułak, w pierś zaklęsłą się grzmotnął i wielkim głosem zaklął:
— Bogdajżem się z tego miejsca nie ruszył, i bogdajem nocy nie doczekał, żeli łżę, żelim go u Osmółki z wozem nie widział, złodzieja, a na wozie waszej skrzyni, kłody i cielaka! Bogdajem.
— Wściorności! — wybuchnął nagle Łuka niewiadomo na byśka, czyli też na Franka. Baby zaczęły się przysuwać od płota, ten i ów obrócił ku mówiącemu głowę. Franek