Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/29

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tu świata po ziemi chodził... To mu ino to „czeło“ w bruzdy szło, jakby po niem broną przejechał, a te wargi to mu tak latały, jak w zimie. Nie było ta i na nim wielkich rozkoszy. Koszulisko porwane, nożyska bose, kożuszątka nie uznał, z buźniczka łachman tylko, że go to ta bieda naporówni z nami gryzła... Tom nieraz, pani moja, widziała, jak mu z tych oczu łzy ciekły. „Ślozy“ takie, że to jak ten krupny grad... Ino się trząsł cały.
Urwała i patrzyła na mnie bystro, uparcie. Te łzy padające z „pochmurowatych“ oczu brata, który na drwach kradzionych siedząc, płakał nad nędzą gniazda swojego, przenosiły zupełnie skalę jej pojęcia, były niezrozumiałe dla niej. „Twardego serdca był“ — to o nim wiedziała, to dawał uczuć słowem twardem, może pięścią twardą; skądże więc te „ślozy, jak ten krupny grad,“ u tego chłopaka, co „jak wilk leśny“ patrzał? Były to sprzeczności niepojęte dla niej. Musiała jednak przeczuwać jakąś głęboką tragiczność w tych „ślozach,“ bo pomilczawszy mało, dodała jakby w zamyśleniu:
— Tom go się jeszcze bardziej wtedy bała, niż kiedy pomstował. A co? Takiemu, to ta wielce dowierzać nie trza... Siekierzyskiem, abo