Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


srebrnem wrzecionie modre nici przędzie? „Głupi Franek”. Widzita, jakie mądre! Mądremi się powiadają, a nie wiedzą, co każda rzeka wrzeciono srebrne ma i przędzie tak, że się ino w słonku, albo i po miesiącu migoce... A coby się migotało we wodzie, jak nie wrzeciono srebrne?
Baby się śmiały.
— Juści prawda.
— Albo i prawda!
— Niech go, jak ci to zmyślnie przepowiedział.
— Hycel chłop!...
Rozchodziły się, śmiejąc. Ale w myśli zostawał im obraz tej cichej, niestrudzonej prządki, która strugi sine na przęślicę wije i przędzie nici modre, przędzie w dzień i w nocy, ino jej się wrzeciono jasnem srebrem miga.
Inszym znów czasem zapadał w bory, jak jaźwiec, brodząc tam po nich aż do twardej grudy. Niech jeno drzewo co nieco ożyło, niech brzezina pękać zaczęła, niech po błotach czajki wrzasły, on zaraz manatki zbiera, choćby o północku w bór idzie, a powiada, że go „ojciec” woła. Szła wiosna, szło lato, szła jesień, a głupiego Franka ani zajrzeć.
Troszczyć się tam o niego i nie troszczył nikt. Każdy dość własnej biedy ma. Aż do-