Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/288

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tego Łazarza patronem ma, o którym wiadomo, że mu psy nogi liżą.
„Od matki” wracał już po dobrym szronie. Chudy był wtedy, zmizerowany, wiatrem i słońcem spalony, kości przez skórę bodły, a koszula i hajdawery strzępami z niego leciały.
Mówią mu ludzie:
— Nie tęgo matka cię wyprawiła we świat...
Na to on:
— Sama w biedzie. Sama w uciążeniu i pracy. Tera tyle rybek pożywić; tera tyle tratwy nieść... tera tyli ziemi szmat obejść... Oj, nie letki jej żywot, nie letki! A jeszcze i na oną siną świtkę zarobić także musi, strugi modre po nici zbierając, a na srebrnym wrzecionie przędząc...
— Oj, głupi, głupi Franek! — mówiły baby.
A on im:
— Oj głupie wy, baby, nie ja, kiej nie wiecie, że każda rzecz na świecie służbę ma...
— Oo!... — obruszyła się któraś. — Dzieciakowi ta gadać, żeby rzeka przędła!...
Na to Franek wpadał w złość, w pierś kułakiem tłukł i zaklinał się na godzinę śmierci:
— Żebym tak dobrego skonania nie miał, jeśli łżę! Cóżem to, ślepy, czy co? Nie widziałem to mało sto razy, albo i więcej, jak na