Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/242

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Jak żyję nie słyszałem piękniejszej muzyki.
— Anulka! A to?... Jakże?...
— Pamiętam, Filipku! — mówiła matka — to było tej niedzieli, kiedyś na zapowiedzie dał. W Czerniakowie my byli z nieboszczką matką...
— Po miesiącuśmy już wracali — dodał ojciec. — Graliśmy w zielone...
— A jak wtedy bez pachniał... A co słowików śpiewało...
— A jaka ty wtedy śliczna była... Jak ta róża w kwiecie...
Felek szturchnął mnie w żebro.
— A jak ty wtedy grał, serce... Jak ty grał...
Uśmiechnęła się, westchnęła, zdawała się zasypiać.
Ojciec i teraz grał ślicznie. Z początku wesoło, raźnie, jak gdyby do tańca, same nogi nam podrygiwały. Potem, jakby się do tej wesołości co przymieszało, coraz smutniej, coraz smutniej, jakoby do płaczu; tak że i Felek pięścią oczy raz i drugi wytarł; aż rozciągnął ojciec harmonijkę razem ze stron obu i dobył z niej głos tak żałosny, jak na organach, kiedy umarłemu grają.
Matka spała. Często na nią teraz przycho-