Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


ośliznęła ze stopnia, schwyciła za obmarzłą poręcz i, krzyknąwszy: „Jezu!“ — runęła głową na dół.
Kiedy w parę godzin potem poszłam ją odwiedzić, izba była pełna bab, szeptów i charakterystycznego głośnego wzdychania. Zmierzch już zalegał jej kąty, mała naftowa lampa paliła się na okapie komina, woskowa świeca migotała w ręku kucharki. Chora leżała na pościeli bardzo blada i zupełnie cicha. Krwawa chusta przewiązywała jej głowę. Zdawało mi się zrazu, że tchu już niema. Ale był, kołatał się jeszcze.
Od chwili do chwili, podnosiły się pod grubą, białą koszulą, wysoko sklepione piersi i znowu opadały z jakiemś stłumionem rzężeniem.
Wprost łóżka pod małem okienkiem, które rzucało nieco światła na jego nędzną głowę, stał skulony, trzęsący się Glapa.
Chora otworzyła oczy i podniosła je na stojącą w nogach łóżka kucharkę, a jakieś ciche rozpromienienie przeszło jej po twarzy.
— Zawszeć-to, co chłop, to chłop! — rzekła, z trudnością wymawiając słowa. — Chłopu niewiasta nijak nie uradzi... Tak już... Pan Je-