Strona:Maria Konopnicka - Na drodze.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


o jego dużości, energii, sile i innych męskich przymiotach jak najlepsze pojęcie.
Stąd-to na owej łysej, ledwo omszonej, jak u niedolęgniętego pisklątka, głowie Józefa zjawiały się jakieś junackie, kipiące czapki, z któremi cała jego postać spierała się jak najmocniej; stąd cienka jego i zwiędła szyja przewiązywana była pełnymi buty fontaziami, a na jego wątłem, drżącem ciele wisiały zalotne spencery, dla zuchowatych, młodzieńczych postaci jakby umyślnie stworzone.
Kiedy tak wystrojony Józef wchodził do kuchni i zastawał tam żonę, Józefowa rzucała z pod długich rzęs niespokojne, badawcze spojrzenie na obecnych. Robiło jej to widocznie przykrość, że ludzie słyszą jego głos babski, piskliwy i cienki. Jak się tylko odezwał, zaraz go zagadywała:
— Już cichoj, cichoj! Co ta będziesz tyla gadał. Zrobi się i już...
Kiedy się kto z nas litował nad jej zmęczeniem, Józefowa odpowiadała: — Abo-bym to ja sama tyla wody przydźwignęła? ino mi mój pomógł. Bez całuśką ulicę obie konwie niósł, dopierom mu je tu na górze odebrała. Juści co chłop, to chłop. Zawsze to insza siła.