Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/57

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakże myślicie, szwagrze? — pyta półgłosem Todi-Mayer swojego sąsiada.
— A cóż? — jabym brał. — Kiepski w nogach, ale w warsztacie posłuży.
— Anibym na to chuchro nie spojrzał — mówi Dödöli — gdyby tu był inny.
— A co? W domu i to się przyda — perswaduje Kissling.
Pan Radca bystrem okiem po obecnych wodzi. Chwila wydaje mu się odpowiednią do zagajenia licytacyi. I tak sprawa ta przeciągnęła się nad miarę dzisiaj. Za dużo było ciekawych.
Dobywa zegarek, podnosi go blizko do oczu, porównywa ze ściennym zegarem gminy i skinąwszy na woźnego, rzecze pełnym inicyatywy głosem:
— Moi panowie, kończmy! Kandydat, przedstawiony wam przez sekcyę dobroczynności gminy, ze wszechmiar zasługuje na waszą uwagę. Zdrów jest, niezbyt podeszły w latach, siły dobrze mu służą i do każdej lżejszej roboty przydać się w domu może. Kto z panów reflektuje? I z jaką dopłatą?
Cisza nastaje po tych słowach pana Radcy. Jaki taki liczy się z potrzebą posługi i z groszem.
Sprüngli porusza się i przestępuje z nogi na nogę. Zauważył to pan Radca i skłaniając się uprzejmie w stronę powroźnika, rzecze:
— Moi panowie, pan Sprüngli zaczyna.
— Panie Sprüngli, prosimy! Jakiej dopłaty