Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nadziei, żeby starego gmina łatwo pozbyć się mogła. Teraz widzi, że i brzytwa, i chustka, i kubrak — tak jak na nic... Zupełnie jak na nic.
— Prędzej! — woła niecierpliwie pan Radca.
Kuntz Wunderli opamiętywa się jakoś i znów staje na poprzedniem miejscu. Jest ono dobrze wybranem. Z szeroko otwartego na ogród okna pada na nędzarza pełne, złote światło. W świetle tem zmartwiała twarz starego nabiera nieco życia. Na łysej jego czaszce igra odblask cichej i modrej pogody. Osłupiałe źrenice podnoszą się i zawieszają kędyś daleko, na szerokim słonecznym błękicie.
— Kto wie? Może i nieźle byłoby, żeby się syn utrzymał. Kto wie? Synowa zła i skąpa, to prawda. Ale umarłby wśród swoich przynajmniej. I wnuki... widziałby codzień wnuki...
Źrenice starego wilgotnieją, stają się miękkie i rzewne; na ustach drży jakieś niewymówione słowo, wielka surowa zmarszczka na czole wygładza się i znika.
Stanowczo nie wygląda w tej chwili na więcej, jak na siedmdziesiąt cztery. To ożywia nieco interesowanych.
— Nie tęgi w nogach! — mówi kręcąc głową piekarz Lorche.
— Co to nie tęgi! — prostuje ktoś z ławy.
— On nas jeszcze wszystkich przeskoczy! — dodaje inny.
— Zuch stary! — woła trzeci.