Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/455

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tembardziej, że na swojej „marmurowej pustyni” nie mógł nawet rzucić się na ziemię, okwitłą trawami, zbożem, na tę czarną ziemię, która tak często za ludzkie serce starczy.
Śmierć Lenartowicza była nagła i niespodziewana, ale nieprzewidywana nie była. Sam poeta miał jej przeczucie, i jakby widzenie.
Z owej trójcy Sodalisów, pierwszy zgasł Wczelka, d. 27 grudnia 1892 r. Oto, co mi w tym dniu pisze Lenartowicz: „Całe święta przepędziłem przy chorym. Miałem tu znajomego polaka (dziwadło) starego Wczelkę, który czasem zachodził do mnie, i ten oto umiera. A jak umiera! Ej, ej, ej! jęki nieustające, dusi się, paraliż płuc, doktor obiecuje mu jeszcze... kilka godzin życia. Mróz, wicher oknami trzęsie, ręce zgrabiały, siedzę w ciemności i czekam na wiadomość, czy skończył. Nie wychodzę dziś wcale, czekam, aż ta śmierć przyjdzie w gości. Źle się rok kończy, źle! Ja sam czuję się nieswój jakiś... Ale ba! To mi się tak może wydaje...”
Mimo, że się czuł nie swój, dotrzymał Lenartowicz słowa staremu druhowi i, zamknąwszy mu oczy, na pogrzeb pociągnął. Na pogrzebie tym — pisze mi Artur Wołyński z 22 marca b. r. — Lenartowicz po kilka razy powtarzał: „Teraz moja kolej!” A zwracając się do Chodylskiego, dodawał: „Spodziewam się, że brat Ostoja — dostoi!”
Jeszcze większe wrażenie wywarła na umysł