Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/454

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nietylko że najpiękniejsza panowała zgoda, ale nadto stanęła umowa, iż nazajutrz zejdą się znowu wszyscy w Santa Croce, a potem pójdą na „uczone koty”. Koty w ogóle, a uczone koty w szczególności były słabością panny Jabłonowskiej, i Lenartowicz umyślnie przybiegł z wieścią o przybyciu ich cyrku do Florencyi, dla ucieszenia zacnej swojej przyjaciółki, ale, rozdąsany czegoś zaraz na wstępie, teraz jej dopiero tej uciesznej nowiny udzielił.
Samotność tedy poety względną tylko była i być mogła. Śpiewakowi, lirnikowi brakło razej słuchaczy, niżli ludzkiej drużby. Słuchano wprawdzie, słuchano chętnie i z zachwytem, ale sam poeta czuł, że jego ludowa nuta niezawsze jest może pojętą, nie każdym tonem przenika duszę tych, co go słuchali.
— „Kobieta z wielkiego świata, a taką jest rodaczka, która się tu znajduje — pisze Lenartowicz w jednym z listów swoich — zaliż może ocenić pieśni ludowe? Osoba, wychowana w arystokratycznej sferze, od długich czasów na obczyźnie żyjąca — powiedz sama, czy może uczuć, czy może zrozumieć, co ja mam chłopskiego w duszy? Powiedz tylko!”
Tak jest; tego to zrozumienia ludowości i swojskości w pieśni brakło poecie w jego florenckich słuchaczach; brakło mu poprostu wspołtonu, odzewu, echa w bijącem temże tętnem sercu, i na taką to samotność skarżył się pieśniarz