Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/448

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Mniejsza o własne, acz dolegliwe szpilki i żądła; gorzej z nieosobistemi, z atmosferą, której piersi potrzebują, a której niema. Oddechu! Oddechu! A tu ani rusz.”
...„O sobie cokolwiekbym powiedział — pisze Lenartowicz jesienią 89 r. — będzie to zawsze powtarzaniem jednej i tej samej litanii: „Refugium afflictorum — Ora pro nobis! Stella matutina — Ora pro nobis! Czasem mi się zdaje, że ją ze mną mówią tłumy ludów....
Nie związany z nikim w kraju, kiedy naturalna siła magnetyczna (sen) znieruchomi mnie i podobnym ziemi uczyni, mowa ziemi, z prądami idąca, uderza mi w serce i wtedy zdarza się, że poduszka moja bywa, jakby ją z wody wyżął...”
Dość. Nie mam odwagi poruszać więcej tych strun, których jęk jest zamogilny.
Dwie rzeczy dodam tylko. Pierwsza, iż to, co tu z listów poety przytoczyłam, nie wyczerpuje bynajmniej całej goryczy skarg jego. Poszłam w tem za zdaniem samego poety, który mówi o swej pieśni:

Powszednie troski życia chętnie wypowiada.
Ale o tej milczenie, co serce przejada.

A druga: że ani jedna z tych skarg nie wypłynęła z pychy, z małodusznej żądzy hołdów i poklasków. Więc, aby to nie było czczem słowem, jeszcze jedna cytata, a niech mi wybaczonem będzie, że o mnie potrąca.