Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/447

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


już chyba będę się błąkał po dnia i po dziennikach..."
Ostatnie słowa odnoszą się do owej wzmianki o zdrowiu i losie poety, którą w 86 r. podała „Gazeta Polska”, a zanią „Kurjer Warszawski”, — Lenartowicz nie był rad temu.
— „Na co? Po co? — pisze w owym czasie. Ja do współczucia publiki nie roszczę żadnej pretensyi, tem bardziej, że ta publika nie wie nawet, czy ja żyję. Nieznany i nikogo nieobchodzący, co się mam żalić przed ludźmi, którzy narzekań nie lubią. Wszakże i gorzej bywa. Wielu z naszych poetów uznanych i wysoko cenionych, cięższego doświadczało losu, a kto się tem rozczulał? Olizarowski, Wolski, Zmorski, umarli po szpitalach w nędzy. W biedzie i w opuszczeniu umarł także Goszczyński, w nędzy Gosławski. Cóż się więc mnie żalić?... Czym ja lepszy? Czy może ludzie lepsi, niźli byli? Ej, alboż się zobaczymy kiedy w życiu i nagadamy o tych gorzkościach naszych!”
— Kiedy mnie pytają — pisze w dwa lata później — czemu nie jadę do kraju, uśmiecham się i milczeniem odpowiadam. Wolę, że mi oddalenie rzuca czarowne zasłony na to, co jest szarem, ostrem. Ale kiedy sam zostanę, wytężam słuch, wytężam wzrok i mam duszę rozdartą na dwoje.
Samotnym może być tylko anioł, albo szatan; na człowieka zaciężko, a mnie tak przeszły lata...