Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/437

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cenia i rozczarowania. Nie zdarzyło mi się poprostu widzieć rąk, z którychby biła taka abdykacja czynu.
W zakresie właściwej rzeźby, oprócz biustów portretowych naturalnej wielkości, tworzył Lenartowicz pomniejsze tylko grupy i posążki, w których i owo niewykończenie, i szkicowość, i usterki techniczne, przy drobnej skali, nikną prawie dla oka; większe natomiast kompozycye swoje wykonywał w płaskorzeźbie, której przecudnych, do rozpaczy mogących doprowadzić wzorów, Florencya tyle dostarcza na każdym kroku. Nie mówię już o jej klejnotach. Nie mówię o wielkich odrzwiach Ghibertiego, o bareljefach Donatella, Andrzeja z Pizy i Łukasza Della Robbia z Campanilli Giotta, nie mowie nawet o Bandinellim. Mówię o pierwszym lepszym starym fryzie z placu Signorii, o pierwszych lepszych drzwiach jakiejś zakrystji, o pierwszym lepszym kawałku muru z Palazzo Vecchio, czy z Loggiów Arcagna.
Płaskorzeźby też dały przewaznie poznać włochom naszego artystę. Znajdzie się pewne pióro, które kiedyś ciekawe w tym przedmiocie relacye ziomkom poda; co do mnie, chcę zaznaczyć tylko, że w Santa Croce, tym Panteonie grobowców florenckich, widziałam trzy płaskorzeźby Lenartowiczowskie. Dwie z nich, w kaplicy Nowicyatu, jeśli się nie mylę, czy może w kaplicy Baroncellich, dzisiaj Giugni zwanej, zamykające, niby odrzwia