Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/427

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tem u ludzi, których czas i przestrzeń oddzieliły od ogniska bezpośrednich wrażeń. Tu znać było, że z ogniska tego uniesiona iskra, płomieniem pali się w piersi, i że z życiem dopiero ugaśnie.
Trąciliśmy w tych rozmowach strun wiele a struny wydały wiele harmonji, ale i wiele zgrzytu. Lenartowicz, pochylony przez stół, z podpartą na ręku głową, rozgorączkowany, z pociemniałym wzrokiem, słuchał i mówił z tą chciwością duszną, z jakąby głodny chleb jadł, albo pił — pragnący. A w tem słuchaniu, w tem pochyleniu się samem, była taka wymowa, taka żarliwość czucia, jakiej też nie widziałam ni przedtem, ni potem.
Charakterystycznym rysem rozmowy poety to mi się wydało, iż, zatoczywszy zrazu szeroki jej widnokrąg, nagle uderzał słowem w punkt jakiś drobny, w szczegół, zbierał w nim promienie duszy, jak w soczewce, i z tego ziarna piasku czynił dyament, roztęczony cudnemi światłami, Dawało to mowie jego i widzeniu rzeczy ogromną dotkliwość i bardzo żywą barwę, świadcząc zarazem, ze umysł ten, w sferze abstrakcyi, uogólnień, czuł się nieswojsko i długo w niej przebywać nie nawykał.
Owe słoneczne kłosy dawno już przygasły, a woń akacyi płynęła szeroko przez otwarte okna, kiedy Lenartowicz po tekę sięgnął, aby mi dać poznać „Nieszczęsnych“ swoich.