Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/425

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


proste, surowe, w dwa jednostajne szeregi zrównane.
Naraz szczerba. Mur to jakiś poklasztorny z sygnaturką, chwiejącą się jeszcze u bramy, w głębi ocieniona zielonością bluszczów dzwonniczka stara, czy też oratorjum jakieś, a z poza muru akacya sypie na chodnik kwiat biały, przewonny.
Na co ja, patrząc z daleka, zaraz pomyślałam sobie, że wprost tej szerby właśnie okna poety być muszą. Jakoż były. Z niej też rzucała się i owa struga światła tak żywa, jakby kto wiąź kłosów pszenicznych złotem po ziemi słał.
Jak tam co było, gdzie i którym kształtem stało, nie objęłam tego pamięcią, może nawet nie objęłam wzrokiem. Ale ogólne wrażenie zdawało się mówić, że upływa tu wpółzakonne życie,
Przedewszystkiem brak wszelkiego literackiego kramu. Wązkie biurko z twardym stołkiem nie świeciło żadnym z tych wyszukanych przyborów, w jakie się u nas lada pismaczek rad funduje. Papierów na niem tak, jakby nic, mały kałamarz, parę listów, wytarta teka — i tyle. Owego rozpościerania się, owej wystawy darów i pamiątek wielbicieli, owych to elegancyi szyldowych literackiego zawodu, owego wmawiania w ludzkie oko i w siebie, że się jest po uszy pogrążonym w poezy i poetą, — ani na lekarstwo.