Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/415

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i przyjaciołom, a nawet obojętnym i ciekawym, z tą uprzejmością wielkiego pana i rozrzutnością bogacza, który wie, że, olśniewając ludzi skarbami swemi, sam się nie uboży. Jest to także rodzaj wystawy „in partibus”, ma której artysta pozwala podziwiać obrazy swoje w takich warunkach, jakie uważa dla nich za najkorzystniejsze.
Dla nich, to znaczy — dla siebie. Sztukę swoją czci mistrz także szczerze; lecz niemniej szczerze czci siebie. Ideał swój stawia wysoko; lecz siebie uznaje za wcielenie tego ideału. A jeśli piękno jest mu bóstwem, to nie takiem, do którego się woła: „przyjdź królestwo twoje!”, lecz takiem, od którego się żąda „chleba powszedniego”, ba, nawet słodkiego kołacza.
Wybitny talent, ogromna zdolność praktycznego oceniania stosunków i zjawisk życiowych, ścisłe zespolenie się z duchem czasu, z powiewem chwili obecnej, i ta mądrość, w której ręku wszystko się staje praktycznym środkiem do osiągnięcia jasno postawionych celów — oto czynniki, które typ takich pracowni stworzyły.
Taką jest np., otwarta każdej niedzieli w przedpołudniowych godzinach, monachijska pracownia Lenbacha.
Publiczność tłoczy się do niej, jak na widowisko, i ma co oglądać. Klomby egzotycznych roślin, szmery fontanny, stare marmury, pompejańskie dekoracye, makaty, arkady, zasłony, pół-