Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/414

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mam się komu pokazywać darmo i w całej postaci?
Żebym to przewidzieć mógł, co mi i jak napisze, no, to rzecz inna; ale tak, na niewiadome — kłaniam uniżenie!
Przypuszczasz, że to fantazya? Nie. To prawda. Pan takiej zamkniętej pracowni nietylko to sobie pomyśli, ale posunie swoją naiwność, czy też swoją arrogancyę, aż do powiedzenia ci tego mniej więcej wyraźnie. Co mówię? aż do proszenia cię, żebyś mu dał święty spokój ze swemi opisami, bo nuż sfuszerujesz, to kto zapłaci nawiązki? Wiadoma rzecz. Z Darwina małpę zrobili... Nie lepiejże zamknąć pracownię na dwa, na trzy spusty?
W przeciwieństwie do tych dwu rodzajów pracowni, zamkniętych na zamek wyższości ducha, lub małości jego, — (ten ostatni bywa zwykle zardzewiały i źle się otwiera, lub nie otwiera zgoła); — w przeciwieństwie, pozornem zresztą, które da się wywieść z pewnych analogii, dość blizkich, dość pokrewnych sobie, stoi pracownia „publiczna”, której przeznaczeniem jest widzów olśniewać przepychem, artyście zaś albo ułatwiać stosunki z szerokiemi kołami, wśród których się obraca, albo mu wprost robić reklamę. Reklamę, w dobrym guście.
Pracownia taka, to czarodziejska panorama, którą się od czasu do czasu otwiera publiczności „en bloc”, — to także rozkoszna ustroń, poświęcona sztuce, do której się daje przystęp znajomym