Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/393

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


nie. Złote koła w uszach, skręcone koło uszu włosy, lada jaka spódniczyna, jaskrawa chusteczka na powabnym biuście, czerwone pończoszki i na czubek nogi wsadzone pantofle z drewnianym, hałaśliwym obcasem.
Ponętną wszakże jest „bawełniczka” tylko na codzień, wtedy, kiedy się wyroi wprost z warsztatów. W święta, przestrojna w „modne” miejskie suknie, traci prawie cały swój wdzięk i tchnie pospolitością. Rzecz prosta, iż na przesmykach, któremi „bawełniczki” idą, czatuje tu i owdzie, ten lub ów ze znajomych naszych, z pod murów Strassoldich. Słońca już niema, trzeba przecież żyć jakoś... Chwilę trwa owo przyśpieszone tętno ruchu, po ubogich dzielnicach głównie, aż te śmiechy i szepty wsiąkną w zaułki i biedne domostwa. Jest to też chwila, w której na obu „Piazzach” i na Rastello sprzątają stragany, sztuki „blaga,” „cudne obleki,” bo te kramy nie bywają oświetlane wieczorem.
Jednocześnie słychać trzask zamykanych na wszystkich piętrach żaluzyj, łoskot okiennic, zgrzyt kluczów, kłódek, sztab żelaznych po sklepach, poczem robi się cisza.
Wielka świeżość bije teraz w miasto z winnic, z ogrodów, z gór, z panowickich lasów. Dech morza czuć w powietrzu, ożywczy, szeroki. Chce się dyszeć i patrzyć w niebo, które, choć ciemnieje, barwy nie traci przecież.
Ogromnie świetnie gwiazdy się tu palą; ta-