Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/384

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Chłop staje. Natychmiast wylatuje „trgovec”[1], i do spółki spekulujący z nim „krojacz[2]. Mają wszystko, co kto chce, i „angleske blago” w sztukach i gotowe „obleko.”
Co je vam platno? — pytają. — Czim mogem slużiti?
Chłop nie odpowiada wręcz, ale i nie odchodzi. Zaczyna oglądać, „hlacze”[3].
Bierze w rękę jedną nogawicę, podnosi — puszcza. Bierze drugą, podnosi, przymierza do tamtej, probuje guzików, czy mocno przyszyte, udaje grubego znawcę. Nie potrzeba na to przebiegłości włocha, żeby zgadnąć, jako chłop się wcale na towarze nie zna, ale cała polityka „trgovca” na tem właśnie polega, żeby to koneserstwo przyjmować za dobrą monetę.
Z namaszczeniem tedy słucha mowy chłopa, dorzucając tylko małe „schlagworty.”
Sama volna!
A „krojacz”:
Praw po novem kroji!
Tak znów „trgovec”:
I za daset let se ne raztrga!

Chłop czuje, że mu tu wypada z jakąś przyganą wystąpić. Raz jeszcze tedy podnosi nogawicę i mówi:

  1. Kupiec.
  2. Krawiec.
  3. Spodnie.