Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/372

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


bywa. Po za niemi coraz silniej, coraz widomiej gore wielkie płomię.
Nagle cyprysy zrobiły się bardzo czarne i tą czarnością swoją świecą, jak gagat wprost tego płomienia. Wszystkie cienie stały się głębokie, silne, wydatnemi konturami znaczone; niektóre małe płaszczyzny śniegów mają dziwnie mżącą, djamentowo-czarną białość.
Już rozżarzono niebo więcej ognia w sobie pomieścić nie zdoła. Snopy płomieni cisnęło na winnice, na góry i na wieże miasta, a jeszcze całe gore.
Wtedy ptaki, które dotąd ćwierkały po żywopłotach i po nizkich krzakach, zaczynają ulatywać na wysokie obnażone z liści graby.
W przelocie tym szare sikory zamieniają się w srebrne błyskawice, a czarne kosy zdają się z piór rozstrzęsionych sypać złote iskry. Ulatują na gałązki najwyższe, najbardziej na wschód podane, siadają na nich ciche, skupione w sobie, w jakiejś kontemplacyi niemej, w oczekiwaniu, w zachwycie....
I starożytna thuja przy ulicy Dreossi stoi uciszona, ogromna, chłonąc w siebie całe złoto wschodu.
Cisza...
Nagle, odrazu niemal, z jakąś gwałtownością niepowstrzymanego pędu, wytacza się z po za skalnej szczerbiny Tymowskiego grzbietu wielka