Strona:Maria Konopnicka - Ludzie i rzeczy.djvu/356

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


O niecnotliwy trombonisto!.. Jak zły uczyniłeś początek!
Marschner nie wpadł już wprawdzie w gorączkę, ale wszystkie swoje dzieła w piec rzucił, i do Lipska wracać nie chcąc, na Węgry, gdzie miał przyjaciela, ruszył.
Teraz wszakże stała się rzecz dziwna. Wśród nowych widoków, wśród swobody, jaką mu dało oderwanie się od prawniczych studyów, wśród atmosfery artystycznego, cygańskiego trochę życia, talent „Heinza” dojrzał, zmężniał, i wydał szereg dzieł nowych tak nagle, jak te rośliny, które przez jedną noc rosną, pączkują i wydają kwiaty.
Tu powstały opery: „Zaczarowana góra” do tekstu Kotzebue’go, „Saidar,” grany w Peszcie, „Tytus” do tekstu Metastasia (przedtem już przez Mozart’a opracowany), wreszcie „Henryk IV-ty,” którą to operę Karol Weber, wystawiwszy w Dreznie z dużem powodzeniem, przysłał Marschnerowi 10 dukatów honoraryum w złocie.
Była to na czasy owe suma bardzo znaczna, zważywszy, iż Klopstock za swoją „Messyadę” otrzymał od wydawcy jedwabną kamizelkę i dwutalarową sztukę srebrem.
Marschner był oczywiście uszczęśliwiony nietyle z pieniędzy, ile z tego, że mu płacą; jemu, który dotąd tylko za lekcye fortepianu szczupłe dyety brał. Zaledwie wszakże dostał owe 10 dukatów do ręki, wnet je — jak nasz Wolski po „Halce,” — z przyjaciołmi tegoż dnia przehulał.